Ten rozdział jest jeszcze zamknięty
Aby go przeczytać, odblokuj go za świetliki.
Zaloguj się, aby sprawdzić swoje świetliki i odblokować rozdział.
-Ufff – odetchnęła z wyraźną ulgą zamykając drzwi. To było całkiem miłe spotkanie ze znajomymi, ale nie ma to jak w domu. Bianka zmieniła bluzkę z wyjściowej na domową, zapaliła świeczkę, zaparzyła kubek herbaty i usiadła na wygodnym fotelu wspominając dzisiejszy wieczór. Było całkiem zabawnie. Grały sobie w UNO, piły gorącą czekoladę, a dziewczyny prześcigały się nawzajem w zabawnych opowieściach o swoich dzieciach, psach i partnerach.
Już miała sięgnąć po książkę, kiedy coś w jej pamięci zadrżało.
Gazeta.
Jej torba.
Poczuła drobny skurcz pod mostkiem — dokładnie ten, który pojawiał się zawsze, gdy świat przypominał jej o sobie. Wyjęła gazetę niepewnie, jakby trzymała w dłoniach coś zbyt osobistego, by dzielić to z kimkolwiek. Wciąż trudno jej było uwierzyć, że naprawdę udzieliła tego wywiadu. Kilka tygodni temu jedna z koleżanek zaaranżowała jej spotkanie ze znajomą dziennikarką z kobiecego magazynu. I choć Bianka próbowała się wymigać jak tylko mogła, jej nieśmiałe próby protestu na nic się zdały w obliczu koleżeńskiego nalegania i postawienia jej przed faktem dokonanym. W umówionym dniu musiała się stawić i przełamać się tak bardzo, że z samego wywiadu nic nie pamiętała. Ale oto i efekt tamtego dnia. Gotowy artykuł. Bianka czytała powoli. Ostrożnie.
Jakby każde zdanie mogło ją zaboleć.
„Jestem cicha, bo słucham”
Rozmowa z Bianką Brzozowską, terapeutką, która autyzm zna ze swojego życia.
Rozmawia: red. Zofia Kalinowska
Zofia: Bianko, najpierw muszę zapytać o jedną rzecz. Czy to prawda, że ten wywiad został zaaranżowany przez Twoje koleżanki?
Bianka (śmieje się cichutko): Tak. One twierdzą, że powinnam „pokazać się światu”, a ja uważam, że świat jest i tak wystarczająco głośny.Ale uległam, bo je kocham i bo wiem, że chcą dla mnie dobrze. I… może trochę dlatego, że chciałam im udowodnić, że się nie rozpadnę od stresu (śmiech).
Zofia: Wiem, że o tym nie lubisz mówić bardzo wprost, ale jednak zapytam. Kiedy dowiedziałaś się, że jesteś w spektrum?
Bianka: Na trzecim roku studiów. Udawanie, że funkcjonuję jak wszyscy, kosztowało mnie zbyt dużo. Diagnoza była ulgą. Jakby ktoś zdjął ze mnie winę.
Zofia: Otworzyłaś swój gabinet dopiero kilka tygodni temu. Jak się czujesz w roli „terapeutki z własnym szyldem”?
Bianka: Nadal dziwnie. Czasem siadam na fotelu i myślę: „Czy ja naprawdę tu pracuję? Czy ktoś zaraz przyjdzie i powie, że pomyliłam pokoje?” Ale kiedy przychodzą pierwsze osoby… czuję spokój. Może dlatego, że wiem, jak bardzo szukałam kiedyś miejsca, w którym mogę być sobą.
Zofia: Dlaczego chcesz pracować właśnie z osobami z autyzmem i ADHD?
Bianka: Bo znam ten świat od środka — jego trudności i jego piękno.
Zofia: Jesteś terapeutką, ale Twoją pasją jest malowanie. Skąd to się wzięło?
Bianka: Z ciszy. Kiedy byłam mała, nie umiałam mówić o emocjach. Malowanie było moim językiem. Do dziś jest.
Zofia: A klienci wiedzą, że malujesz?
Bianka: Niektórzy tak. Ale nie chwalę się tym. Mam wrażenie, że moje obrazy są zbyt osobiste. Trochę tak, jakby ktoś czytał mój pamiętnik.
Zofia: Z nami podzieliłaś się obrazem przedstawiającym leśne jezioro. Co ono dla Ciebie symbolizuje?
Bianka: Jezioro… (uśmiecha się lekko)
Kojarzy mi się ze spokojem. Z harmonią. Z takim miejscem, w którym nic nie trzeba udawać, bo wszystko samo układa się w ciszy.
Tafla wody jest jak lustro. Odbija piękno natury — drzewa, niebo, światło — ale odbija też to, co każdy z nas zobaczy, kiedy zajrzy w głąb siebie.
Zofia: Masz w sobie niezwykłą delikatność. Niektórzy mogliby pomyśleć, że terapeuta powinien być bardziej… ekspresyjny. Co Ty o tym sądzisz?
Bianka: Cisza w terapii bywa ważniejsza niż słowa. Poza tym… nie muszę być głośna, żeby być skuteczna. Moja nieśmiałość nie jest przeszkodą — jest przestrzenią, którą oddaję drugiemu człowiekowi.
Zofia: Co jest dla Ciebie najtrudniejsze w tej pracy?
Bianka: Moment, kiedy ktoś siada przede mną i mówi: „Czuję, że jestem zepsuty”.
Zawsze wtedy łapie mnie w gardle. Bo wiem, jak to jest. Też tak kiedyś myślałam.
Zofia: Jakie jest Twoje największe marzenie zawodowe?
Bianka: Normalizacja neuroróżnorodności. Tyle.
Zofia: Ostatnie pytanie: co byś powiedziała komuś, kto waha się, czy zapisać się do Ciebie na konsultację?
Bianka: Ja wiem jak to jest po drugiej stronie, gdy nie masz się czego złapać.
✨ Rozwiń opis
Powoli zamknęła gazetę. Poczuła nagły spadek nastroju. Wiedziała jednak, co może z tym zrobić. Wyciągnęła szkicownik i zaczęła malować. Linie stawały się coraz odważniejsze, ciemniejsze, mocniejsze, jakby nie dłonią Bianki malowały, lecz czymś, co przepływa przez nią. Nawet nie zauważyła kiedy zrobiło się bardzo późno.
Efekt jej pracy zaskoczył ją samą – narysowała kobietę w ogniu. Ogniu, który trawi wszystko na swojej drodze. Bianka patrzyła na nią długo. Zachwycona. Zaniepokojona. Poruszona czymś, czego jeszcze nie umiała nazwać.
✨ Rozwiń opis
– Ty naprawdę jesteś wariatką! — rzucił i wyszedł z pokoju.
W samą porę, bo już leciała w jego stronę gazeta, która zatrzymała się na zamykających się drzwiach.
Pokój wyglądał jakby przeszło po nim tornado i doskonale oddawał charakter właścicielki, która siedziała we łzach na łóżku pełnym różnokolorowych poduszek.
– Świetnie. Idź sobie! – krzyknęła, ale drzwi były już zamknięte.
„Poszedł. Oczywiście, że poszedł.
Dlaczego miałby zostać?
Przecież to była tylko moja głupia próba powiedzenia, że jest mi źle.
I oczywiście, że to zepsułam.”.
„Mówię mu, że czuję się zagubiona. To dla mnie… ogromne. A on na to mhm.
Jeden dźwięk.
Mhm.
Serio?”
Otarła nos w rękaw.
„Wystarczyłoby, żeby odłożył ten pieprzony telefon. Spojrzał na mnie. Powiedział cokolwiek.
Ale nie.
Mhm. A ja chciałam, żeby na mnie spojrzał. No nie wiem, powiedział coś miłego. A on… On mnie po prostu zignorował.
A może to ja jestem nienormalna. Fuck, może przesadziłam z tą gazetą.
Może… w ogóle nie nadaję się do bycia z kimkolwiek.”
W głowie odezwał się znajomy wredny głosik —
„A może jemu po prostu nie zależy.”
To zdanie otworzyło furtkę. Za furtką — cała lawina.
Czując, że zaraz wybuchnie, Ada złapała laptop, otworzyła stronę z biletami i bez większego zastanowienia kupiła bilet w dwie strony do Włoch. Jej dane wypełniły się automatycznie.
Telefon zawibrował – zamówienie zostało potwierdzone.
Dopiero teraz pomyślała, że warto byłoby sprawdzić stan swojego konta bankowego. Weszła na stronę banku, zalogowała się i zacmokała z niezadowoleniem. Wygląda na to, że będę musiała odwiedzić tatę.
Nagle zaśmiała się, uświadamiając sobie, że kupiła bilet w dwie strony.
Wygląda na to, że tu wrócę.
Ubrała się pośpiesznie, spakowała podróżny plecak, siorbnęła zimną kawę i wyszła.
Ojciec Ady mieszkał w bezpiecznej, przyjemnej dzielnicy. Powoli robiło się ciemno, choć uliczne latarnie jeszcze się nie zapaliły, ciepłe światło rozchodziło się z domowych okien. Furtka otworzyła się zanim Ada wyciągnęła rękę do przycisku domofonu. Równie szybko otworzyły się drzwi. – Witaj córeczko – powiedział Antoni Zorzycki, wpuszczając Adę do środka. Zza drzwi wyłoniło się przytulne przestronne, bogato urządzone wnętrze.
Ona wiedziała po co przyszła. On też. I był to dla nich komfortowy układ. Ona miała, co tylko sobie zażyczy, a on czuł, że robi dla niej wszystko, co może, żeby tylko ten płomień w jej oczach nie zgasł. Absolutna wolność, którą jej oferował, tym właśnie zdawała się być.
-Trochę się spieszę.
– Gdzie tym razem? – uśmiechnął się
– Do Włoch. Wczoraj kupiłam bilet.
-No to baw się dobrze! – nie wnikał, nie dopytywał, nie próbował kontrolować.
Od ojca ruszyła prosto na lotnisko.
Wsiadła do samolotu z nadzieją, że poczuje ulgę, ale dopadły ją wyrzuty sumienia. Leci do Bolonii, w sumie bez celu, bo Czarek powiedział mhm. To, że jest głupia to w sumie mało powiedziane. Sama już nie wiedziała, jak to się nazywa. Oj tam – wyciągnęła z kieszeni fotela gazetę i zaczęła czytać, żeby nie musieć myśleć.
Po wylądowaniu znalazła najbliższy hotel i było tak późno, że po prostu poszła spać.
Nazajutrz Bolonia przywitała ją deszczem, co nie było zbyt uciążliwe, bo bolońskie portyki umożliwiały zobaczenie miasta z zadaszonych arkad. Krążyła klimatycznymi uliczkami. Nic jednak nie mogło uchronić Ady przed nią samą: ani klimat Piazza Maggiore, ani monumentalne budynki, ani wnętrze biblioteki bolońskiego uniwersytetu. I choć zjadła pyszne tortellini, wypiła cappuccino kompletowana przez ekspresyjnego Włocha, wcale nie czuła się lepiej. W środku trawił ją ogień. Wędrowała ciasnymi, wąskimi uliczkami skąpanymi w świetle rozmiękczonym deszczową mgiełką. Na końcu jednej z nich dostrzegła kobietę, z rozwianą apaszką, która tak jak się pojawiła, tak znikła, jakby uciekała przed samą sobą. Przykuła ona przez moment uwagę, ale zaraz potem rozmyła się w deszczu.
Lecąc samolotem w drodze powrotnej do Warszawy czuła się gorzej niż przed wyjazdem. Zdała sobie sprawę, że coś z nią naprawdę jest nie tak. Czarek na nią nie spojrzał, kiedy ona coś powiedziała, a ona od tak wyjechała na jeden dzień do Włoch – bez słowa. Ta asymetria była tak wielka, że aż bolało. I to zawsze ona była tą, która przeciąża szalę.
Przybita wróciła do mieszkania. Czarek krzątał się po kuchni. – Hej, gdzie byłaś? Co jest? – Zapytał wcale nie ze złością, tylko z troską. Opowiedziała mu o swoim wypadzie i o jego mhm. Zaczął się śmiać. – No widzisz – ty naprawdę jesteś wariatką – uśmiechnęła się, on pogłaskał ją po głowie. Weszła do swojego pokoju, a w oczy rzucił jej się rysunek z gazety, którą przed wyjazdem próbowała rzucić w Czarka. Leśne jezioro. Spokój, harmonia bijące z tego obrazka były od niej tak dalekie, że poczuła niepohamowaną tęsknotę. Wyciągnęła telefon i umówiła się na sesję do gabinetu Bianki.
✨ Rozwiń opis
Na sesję w gabinecie Bianki nie trzeba było czekać miesiącami. Adzie udało się dostać nazajutrz. Tego ranka wstała jednak o 5 minut za późno, szybko naciągnęła na siebie ubrania, wypiła kilka łyków koktajlu (dzięki Czarek), którego Czarek nie dopił przed pójściem do pracy. Bieg zamienił się w pęd, kiedy naciągając skarpetkę, spojrzała na zegarek. Dotarła na Prochową kilka minut spóźniona. Miała przygotowaną całą formułkę tłumaczącą jej spóźnienie, ale gdy weszła do gabinetu – zamilkła.
Pierwsze, co odebrała to zapach – tak skomponowana nuta, że nie był on ani słodki ani świeży. Samo pomieszczenie było malutkie, ale dobrze zagospodarowane, z pewnego rodzaju obcą Adzie przenikliwością. Wszystko zdawało się mieć swoje miejsce: regał z książkami, delikatne obrazy, kilka roślin doniczkowych, dwa fotele, lampka, świeczka, a nawet chusteczki.
Ada wparowała do gabinetu.
Bianka poczuła zawirowanie swojej przestrzeni, tak jakby do jeziora wpadł z hukiem kamień, a woda reagowała na niego wodnymi pierścieniami. Rzuciła spojrzeniem na Adę, ale nie czuła, że ma się odezwać pierwsza.
– Zobaczyłam w gazecie obraz, który mi się spodobał… – Ada zaczęła i nie mogła skończyć. W pewnym momencie Bianka wstała i przyniosła im po kubku herbaty, a po 45 minutach powiedziała – dzięki Ada.
– To była wyśmienita sesja – skwitowała zarumieniona Ada, choć Bianka nie powiedziała praktycznie ani słowa.
